niedziela, 13 kwietnia 2014

Rozdział IV

 

Siedzę na łące. Wokół rozlega się śpiew ptaków i delikatny szum drzew, rosnących w lesie za mną. Obok mnie siedzi Andi i szkicuje coś w swoim notesie, a ja obserwuję go. Po pewnym czasie znudzona cichą obserwacją kładę się na kocu i wpatruję się w niebo, które jest czysto błękitne. Welli zauważa, że jestem znudzona i przerywa swoje dotychczasowe zajęcie. Kładzie się obok mnie i delikatnie przysuwa się bliżej. Potem gładzi moją dłoń, ramię, szyję, aż dochodzi do twarzy. Podnosi się do pozycji półsiedzącej i zbliża swoją twarz do mojej... Chce mnie pocałować, a ja się nie bronię... - Aria wstałaś już? - ze snu budzi mnie wołanie mamy. Oh... nawet nie wiem, czy żałuję, że mnie wyrwała z "objęć" Andiego. Ale nie czas na rozmyślanie, dziś jest wielki dzień. Jedziemy do Monachium odwiedzić siostrę mojej mamy, która dodatkowo wysyła mnie na mecz Bayernu z jej synem Karlem. Nie mogę się doczekać... Karl jest zdecydowanie moim ulubionym kuzynem, najlepszym jakiego można sobie wyobrazić. Wie o mnie wszystko, a każdy problem jest dla niego błahostką. Nawet moi dawni przyjaciele nie dorównywali mu w żadnej ze spraw. Zadanie domowe? zrobił bez pytania na kiedy je potrzebuję. Nowe "ciacho" w szkole? zaraz pytał o wszystkie szczegóły. Zakupy? pytał tylko czy karta kredytowa ma wystarczający limit, czy też będzie musiał zostawić samochód w zastaw. Był też całkiem przystojny i nieraz żałowałam, że jesteśmy spokrewnieni. Dodatkowo oboje byliśmy fanami Bayernu i już od najmłodszych lat czekaliśmy na nasz pierwszy mecz na stadionie w Monachium. Niestety nigdy nie mogliśmy iść razem, więc każdy z nas swój mecz widział osobno. Wzięłam długi, zimny prysznic, ubrałam się w przygotowane wcześniej jeansy, turkusową koszulę w kratę i trampki. Gdy nadszedł czas pakowania się, kompletnie nie wiedziałam co powinnam ze sobą wziąć. Do torby wrzucałam różne napotkane w pokoju rzeczy: ładowarka do telefonu, mp4, okulary przeciwsłoneczne. Okej to są urodziny cioci, więc trzeba jakoś wyglądać na kolacji... myślę, że biała, koronkowa sukienka i szpilki na delikatnej platformie powinny być w sam raz. Teraz zestaw na mecz. Obowiązkową pozycją musi być szalik i koszulka Bayernu. Resztę załatwią adidasy i jeansy. Muszę jeszcze jakoś upchnąć do torby kosmetyczkę oraz aparat i gotowe. W sumie, to poszło lepiej niż się spodziewałam. Po obiedzie ruszyliśmy w drogę. Cały czas zastanawiałam się, jak to będzie na tym meczu... Nic specjalnego, pewnie że w meczu towarzyskim nie ma się czego spodziewać, ale nareszcie będzie to mecz z Karlem, którego nie widziałam od ponad roku. Gdy dotarliśmy na miejsce od razu rozpoznałam kanarkowo-żółty dom cioci. Mieszkała sama z Karlem, więc dom nie był zbyt duży, za to zaledwie 10 minut drogi od stadionu. Przywitaliśmy się z ciocią Helen, która oznajmiła, że Karl będzie za pół godziny i dołączy do nas już w restauracji. Szybko pobiegłam do łazienki i przebrałam się w sukienkę. Muszę przyznać, że wyglądałam całkowicie inaczej, jakoś obco. Sukienki to nie mój styl, ale dla wyższego dobra czasem je zakładam. Gdy wszyscy byliśmy już gotowi, pojechaliśmy do najlepszej restauracji w mieście. Zamówiliśmy jedzenie dla nas i dla Karla, który pojawił się dosłownie minutę później. Był tak samo wesoły jak zawsze, trochę bardziej opalony, niż pamiętałam. Wyściskaliśmy się i już po pięciu minutach zajadaliśmy pyszne owoce morza. - Co robiłeś przez ten rok, że się tak opaliłeś? na Skypie nawet nie zauważyłam, że jesteś teraz murzynem! - zaśmiałam się do kuzyna.- Bardzo śmieszne. To jeszcze z poprzednich wakacji w Turcji. Trochę słońca i zmieniłem się w raka na dwa tygodnie - dodał lekko zażenowany swoją trudnością z opalaniem. - Słuchaj, jest taka sprawa, że nie będziemy dzisiaj sami...- Twoja dziewczyna z nami będzie? Dlaczego ja o niczym nie wiem?- zapytałam z udawanym oburzeniem, nawet nie dając mu dokończyć zdania. - Nie będzie żadnej dziewczyny, a jakby była to zapewniam, że byś o niej wiedziała. Będzie mój kumpel... Tylko wiesz, on ma teraz trochę problemów i może ci się wydać trochę dziwny, ale serio nie ma się co przejmować. To super gość. - Spoko, mam nadzieję, że jest przystojny, bo z byle kim nie chcę się pokazywać - odpowiedziałam żartując. - Niejeden gej marzyłby o takim facecie... ale on woli dziewczyny, więc miej się na baczności - puścił mi oczko i dokończył swój deser, który kelner przyniósł w międzyczasie. - Jeszcze raz wszystkiego najlepszego i do zobaczenia jutro - ucałowałam Helen w policzek i wyszłam z Karlem z restauracji. Mecz zaczynał się za godzinę, a ja miałam się jeszcze przebrać i zabrać aparat. Wychodząc z pokoju, w którym się przebierałam spojrzałam w lustro... Dziwne, ale miałam nadzieję wyglądać dobrze i spodobać się koledze Karla. 
***
Usiedliśmy na wyznaczonych nam miejscach i czekaliśmy na rozpoczęcie meczu. Wiem, że meczu z Manchesterem United nie można było przegapić, ale być tu na stadionie, czuć tę atmosferę... coś cudownego. - Trochę się spóźnił, ale już jest - powiedział Karl wyrywając mnie z transu robienia zdjęć wszystkim zawodnikom znajdującym się już na murawie. - Cześć. Jestem Andi. - powiedział nieśmiało kolega Karla do moich pleców. O nie! Znowu ty? Nie chciałam się odwracać, ale nie było innego wyjścia. - Aria. - odpowiedziałam podając mu rękę i uśmiechając się delikatnie. - Okej. Skoro już się poznaliście, to trzymajcie dla mnie miejsce, a ja skoczę po coś do picia, bo strasznie tu gorąco. - Nie wiedziałem, że się znacie. Tym bardziej nie miałem pojęcia, że tu będziesz- zagadnął w moją stronę. - Mogę powiedzieć to samo o tobie. Karl to mój kuzyn. Skąd go znasz? - Spotkaliśmy się jakiś czas temu w szpitalu. Miał okropne poparzenie słoneczne i leżał tam przez kilka dni. Nie wiedziałem, że dziewczyny takie jak ty lubią piłkę nożną - powiedział z lekkim sarkazmem. - Owszem lubią i nawet wiedzą co to jest spalony. - Odparłam zirytowana, że Karla tak długo nie ma. Właśnie w tym momencie Andi zaczął szczerzyć się do telefonu. - Chyba jesteś na mnie skazana. Karl napisał, że musi wrócić do domu, bo włączył się jakiś alarm i że mam cię odwieźć. - Tylko nie to! Już wolałabym sama wyłączać ten alarm, niż tu z nim siedzieć. Bosko. Jedyny mecz na jaki mogliśmy razem iść spędzam z psychopatą. Po prostu super! - Nie musisz mnie odwozić, sama trafię. - Nawet nie próbuj mi odmówić, jestem za ciebie odpowiedzialny - powiedział całkiem poważnie. W tej samej chwili na boisku zawiązała się całkiem porządna akcja, której rezultatem był gol dla Bayernu. Przypływ adrenaliny. To jedyne wytłumaczenie dla tego co stało się po strzelonej bramce. Pocałowałam go. Wiem, że nie powinnam, ale zrobiłam to. Najpierw delikatnie, a gdy on odwzajemnił pocałunek, całkiem się w nim zatraciłam. Całowaliśmy się długo i namiętnie, jego ręce wędrowały wzdłuż mojej talii i pleców. Nawet nie wiem, kiedy zeszliśmy z trybun i skierowaliśmy się w stronę toalet. Napięcie między nami rosło. wskoczyłam na umywalkę, a on zamknął zamek drzwi. Podszedł do mnie i znów się całowaliśmy. Delikatnie pieścił moje ciało, a ja coraz bardziej go pragnęłam. Wtedy zadzwonił telefon. Musiałam odebrać, taka była umowa, że jak jestem na meczu, to zawsze odbieram. - Hej mamo, co tam? - starałam się odepchnąć zachłanne usta Wellingera od siebie. - Za pięć minut masz być w domu, zrozumiano? - rozłączyła się, nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Po tonie jej głosu zrozumiałam, że to nie żarty. - Muszę iść. Przepraszam, to nigdy nie powinno się zdarzyć. - powiedziałam delikatnie całując go i wychodząc z toalety.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Rozdział III

Przez cały tydzień nie widziałam żadnego z naszych gości. Mama oddelegowała mnie od robienia śniadań, więc nic nie trzymało mnie w domu. Całe dnie spędzałam nad wodą lub w lesie. Myślałam nad wszystkim co się wydarzyło, nad tym co wiem o Andim... właściwie nic. Gdzie mieszka, ile ma lat, co trenuje... Czemu tu jest? 

***

- Mamo! zaczekaj na mnie... - krzyknęłam ze schodów biegnąc po torebkę. Mama właśnie jechała do miasta po zakupy, a ja miałam nadzieję upolować jakąś promocję w sklepie sportowym. Uwielbiam to, że nie muszę jak inne dziewczyny ciągle się malować, a mimo to wyglądam całkiem nieźle. Dzięki temu swoje oszczędności zamiast na kosmetyki, mogę wydać na nowe buty do biegania, dres, pulsometr lub inne niezbędne mi rzeczy. Po niecałych 10 minutach jazdy zaczęłam swoje małe przesłuchanie - Odebrałam wczoraj pocztę. Przyszły rozliczenia i tata pozwolił mi je sprawdzić. Kim są nasi goście i dlaczego płacą za cały hotel, a nie tylko za swoje pokoje?- chyba trochę za ostro, bo przez twarz mamy przeszedł wyraźny cień strachu. - To nic takiego. Chcieli trochę prywatności, a im mniej gości, tym lepiej dla ciebie. Więcej wolnego, mniej pracy... Wreszcie prawdziwe wakacje - uśmiechnęła się sprawdzając, czy kupiłam jej odpowiedź. - Okej, w sumie to nie przeszkadza mi to. Jeden z gości jest twoim pacjentem, prawda? - Skąd wiesz? - Dlaczego mi nie powiedziałaś, że znowu pracujesz? - spytałam z wyrzutem - To nie tak. On jest jedynym pacjentem. Potrzebuje specjalnej terapii, jego trener przedstawił bardzo mocne argumenty, dlaczego to ja powinnam się nim zająć, więc po kilku konsultacjach zgodziłam się. - Czy on jest niebezpieczny? - Kto taki?- zapytała mama z uśmiechem - Andreas - odpowiedziałam spuszczając wzrok. Nie wiem, czy powinnam wiedzieć kim on jest, skoro leczy się psychicznie. - Znasz go? No tak, przecież to twój rówieśnik, a na dodatek idol wielu nastolatek i nie tylko... A jeżeli jest niebezpieczny, to nie dla ciebie, ani dla mnie, ani nikogo innego. - A dla siebie? - zapytałam ale mama odpowiedziała tylko - Już jesteśmy, spotykamy się przy samochodzie za godzinę. - I odeszła w stronę sklepu. Przejrzałam szybko nową kolekcję wkładek stymulujących ułożenie stopy w trakcie biegu, ale nie znalazłam nic odpowiedniego. Wyszłam ze sklepu i poszłam na krótki spacer. Słońce nie dawało mi spokoju, więc usiadłam na ławce w parku tuż obok stawu. Obserwowałam trzy małe kaczki ścigające się po lustrze wody. Wiatr delikatnie kołysał trzciny porastające brzeg stawu. Lekko znużona zamknęłam oczy i wsłuchiwałam się w śpiew ptaków. Z dumą mogę powiedzieć, że kocham miejsce, w którym mieszkam. Chyba nie ma nic cudowniejszego, jak spokój który mnie otacza. - Hej ślicznotko, nie śpij bo cię okradną - otworzyłam oczy i zobaczyłam twarz Andiego, zaledwie kilka centymetrów od mojej - Jakby jeszcze mieli z czego - odpowiedziałam próbując jak najbardziej odchylić głowę do tyłu. Przeraża mnie ten koleś, ale skoro mama mówi, że nie mam się czego bać, to pewnie tak jest. - A co jakbym ukradł ci pocałunek? Chyba że jest nic nie warty, to faktycznie nie masz się czego obawiać - zaśmiał się z własnego żartu, ale mi nie było do śmiechu. Przecież on faktycznie mógł to zrobić... - Mogę się przysiąść, czy to ławka wyłącznie dla śpiochów? - kolejny napad śmiechu, który coraz trudniej było mu opanować - Pewnie, siadaj-opowiadaj. - Co? - Tak się tutaj mówi. Jak ktoś się do ciebie przysiada musi opowiedzieć coś o sobie. Co robi, skąd jest, czemu chce z  tobą siedzieć, cokolwiek. - miałam nadzieję, że nie wyczuje tego kłamstwa, ale to był jedyny sposób, w jaki mogłam się czegoś o nim dowiedzieć. - Siedzę, pokój 205, zmęczyłem się. - Co? - teraz ja nie zrozumiałam sensu jego wypowiedzi. - Odpowiadam na twoje pytania. Masz jeszcze jakieś? - zapytał z dość zabawnym akcentem - Ile masz lat, co trenujesz, czemu  miałam nikomu nic nie mówić? - to jedyne co mi przyszło na myśl. Pytań było znacznie więcej, ale nie wiedziałam, czy odpowie szczerze. - 18 i jedenaście miesięcy, jeden ze sportów zimowych, ale kocham wiele sportów. A co do tego, to już ci podziękowałem, więc chyba nie ma do czego wracać. Teraz twoja kolej. Pytania bez zmian. - Też 18 i jedenaście miesięcy, biegam i nie powiedziałam, bo o to prosiłeś. Jednak wciąż nie wiem, czy czasem twój trener nie powinien o tym wiedzieć, bo skoro trenujesz, to może być ważne... - Nie - przerwał mi - to nic takiego, po co go martwić. Muszę już iść, a ty lepiej uważaj, bo następnym razem mogę się nie powstrzymać przed kradzieżą. - Odszedł uśmiechając się, a ja zarumieniona, po kilku minutach ruszyłam na spotkanie z mamą.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Rozdział II

Całą noc nie spałam, zastanawiając się, co on tu właściwie robi. Wieczorem mama zrobiła mi wykład na temat mojego biegania. Konsekwencje jakie niesie ze sobą kontuzja, to że nie powinnam zaczynać tak wcześnie, bo tylko pogorszę swój stan itp. Wściekła szybko wyszłam z gabinetu mamy i wpadłam na niego. Czekał, pewnie tuż po spotkaniu z mężczyzną, który na niego nawrzeszczał. - Hej, uważaj bo znowu będę potrzebował pomocy - uśmiechnął się zalotnie. - Sorry -wyszeptałam obojętnie i ruszyłam w stronę schodów. Coś nie dawało mi spokoju. No tak, czekał na wizytę u mojej mamy, która jest psychologiem. Wiedziałam, że jest chory!! Musiał być, bo jak inaczej wytłumaczyć jego zachowanie? Rano wstałam wcześniej, żeby się trochę rozgrzać. Potem przygotowałam śniadanie dla gości i ruszyłam w las. Bieg jest tym co kocham najbardziej. Nic nie może się równać z euforią towarzyszącą na mecie. Mam tu swoją stałą trasę, prowadzącą przez prawie kilometr brzegiem rzeki, a potem skręca gwałtownie w prawo i wiedzie na wzgórze. Tam zawsze robię pół godzinną przerwę. To taki mój azyl. Zawsze jak jestem zła, albo nie mam ochoty na nic tylko leniuchowanie, wzgórze jest jedynym miejscem gdzie mogę schować się przed rzeczywistością. Rozciąga się z niego wspaniały widok na cały kompleks hotelowy, wolno płynącą rzekę i dolinę, w której znajduje się dziwny budynek. Mieszkam tu już sześć lat i nigdy nie zajrzałam do środka. Chyba się boję.  Biegnę powoli, chyba mimo wszystko mama ma rację i nie ma co się przetrenować. Gdy jestem zaledwie kilkanaście metrów od wzgórza zauważam kogoś. Przystanęłam, żeby lepiej się przyjrzeć. Siedzi dokładnie tam, gdzie ja zawsze to robię. Intruz. Nie mam zamiaru się wracać, w końcu to moja trasa! Postanawiam, że pobiegnę dalej, a przerwę zrobię już gdzieś bliżej domu. - Już myślałem, że dziś nie biegasz.- usłyszałam głos intruza. To znowu on. Prześladowca? Niewątpliwie coś w tym jest. - Cześć. Jednak biegam. Zawsze to robię. - Odwrócił się w moją stronę i zapytał - Usiądziesz, czy bijesz rekord? - usiadłam rozbawiona. Siedzieliśmy tak wpatrując się w rzekę, gdy zapytał - To jak masz na imię? Powinienem wiedzieć jak nazywa się mój ratownik. - Aria. A ty? Chyba mam prawo wiedzieć kogo ratuję? - Andreas. W sumie, to mów mi Andi. Wszyscy tak robią. - uśmiechnął się delikatnie ukazując nieskazitelną biel swoich równych zębów, a jego wzrok spoczął na moich ustach. - Co to był za facet, który tak wjechał wczoraj na ciebie? - zapytałam. - To tylko trener. Nikt specjalny, ciągle łapie spine jak wrócę tylko minutę później, niż mi pozwolił. Chyba boi się, że zwolnią go za każde moje spóźnienie... bez sensu. - odpłynął myślami gdzieś daleko, nie zabierając mnie ze sobą. - O czym tak myślisz? - Może wyda ci się to dziwne, ale zastanawiam się, co robiłaś wczoraj w gabinecie doktor Braun. Też jesteś jej pacjentką? - że co?! Ja pacjentką jakiejś Braun? Przecież to gabinet mojej mamy... Przecież ja nazywam się Braun. Dziwnie słyszeć coś takiego o swojej mamie "doktor Braun". To zawsze była tylko mama. Ale chwileczkę, to ona wróciła do zawodu? Podobno była dość dobra i pracowała ze sportowcami, ale zakończyła karierę po załamaniu nerwowym jakiegoś piłkarza, którego nie udało jej się uratować. - Nie, ja tylko z nią rozmawiałam. A tak nawiasem, to moja mama. - Czekałam na jakąś reakcję. Nic. Jeszcze bardziej zagłębił się w swoje myśli. - Chyba powinnaś już biec, robi się późno. Do zobaczenia jutro. - wyprosił mnie z mojego własnego miejsca! - Cześć. - mimo wszystko wolałam zapytać mamę, o co chodzi, więc pobiegłam do domu. Intryguje mnie ten koleś. Jeszcze go rozgryzę, zobaczycie!