piątek, 20 lutego 2015

Rozdział VII


- Porozmawiać? Niby o czym? - postanowiłam wyprzeć się wszystkiego. Nie ma takiej opcji, żeby ten cholernie przystojny facet namącił mi w głowie. - I jak sądzę, nie ma czego kończyć, bo niczego nie zaczęliśmy! - powiedziałam może nieco zbyt głośno. Welli spojrzał na mnie ewidentnie usatysfakcjonowany - Oj! jaka spięta... mówię ci chodź, zrobię ci masaż, a może nawet coś więcej i od razu się uspokoisz. Złość piękności szkodzi, a żal by było takiej ślicznotki. - No nie! teraz to już przegina. Wielkie maślane oczy wlepione w moje ciało, być może udawany, ale jednak przyspieszony oddech, włosy poprawiane w idealny nieład. Jeszcze chwilka  i mu ulegnę... Myśl dziewczyno! - Ależ ja jestem spokojna. Oaza spokoju, cholerny kwiat lotosu dryfujący po wzburzonym oceanie. A jeżeli natychmiast nie wyjdziesz z mojego pokoju, to gwarantuję ci sztorm tysiąclecia. - Powolutku wstał z łóżka, ale zamiast wyjść zaczął zbliżać się do mnie. Nie może się zbliżyć. Nie może, nie może, nie może! Przecież ja mam na sobie tylko ręcznik... Powiedziałam zdecydowanie - Jak spóźnię się przez ciebie do pracy, to możesz być pewny że nie przeżyjesz najbliższej nocy. - Andreas jakby sparaliżowany, odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku wyjścia. Poczułam ogromną ulgę, że jednak potrafię być stanowcza i nie ulec byle komu. Otworzył drzwi i rzucił w moją stronę - Traktuję to jako obietnicę! - i wyszedł zatrzaskując za sobą drzwi. Nareszcie wyszedł. "Traktuję to jako obietnicę"? o co mu może chodzić? Ważne, że już go nie ma i będę na dole jeszcze 5 minut przed czasem. Szybko się ubrałam i rozczesałam włosy. - Pięknie. Gotowa do wyjścia w wielki świat kuchni - powiedziałam z uśmiechem patrząc w lustro, nadal dumna z siebie. Po chwili jednak usłyszałam zgrzyt przekręcanego klucza. Co? - Andi idioto otwieraj te pieprzone drzwi! - Nie ma takiej opcji. Jeszcze dwie minuty i się spóźnisz, a sama wiesz że obiecałaś mi noc - odpowiedział przez zamknięte drzwi. - Jego głos tak cholernie spokojny, a zarazem pełen jakby dziecięcej radości i czego? nadziei? oczekiwania? Nie mam ochoty podpaść rodzicom kolejny raz tego dnia, więc staram się go udobruchać - Andreas... no weź otwórz. Przecież i tak mamy pracować dziś razem, a jak się spóźnię to mnie wyrzucą i jutro będziesz musiał robić wszystko sam. - już prawie zaczęłam go błagać żeby otworzył. - O nie moja droga, przy pracy nic z ciebie nie będzie, a tak to wiem że spotkamy się jeszcze wieczorem, chociażby miała to być moja ostatnia noc. Jeśli obiecasz mi, że przyjdziesz do mnie po pracy, wypuszczę cie. Masz jeszcze minutę. - Okej, przyjdę, ale weź już otwórz, bo zginę przed tobą! - Aria idiotko! Znowu powiedziałaś zanim pomyślałaś. Właśnie obiecałaś mu, że przyjdziesz, chociaż wiesz że tego nie zrobisz, no bo hej, nie zasłużył! Wellinger otworzył drzwi i szybko wybiegłam na korytarz, nie zwracając nawet uwagi na niego, ani nie martwiąc się zbytnio o zamykanie drzwi na klucz, co zawsze było moją obsesją. Do kuchni wpadłam równo o 17.45 . Uffff zdążyłam. Kolację trzeba wydać za 15 minut, więc szybko wzięłam się do roboty. Najpierw pobiegłam przygotować stoły dla gości, uprzednio wstawiając sporą ilość makaronu. Tak, dziś zostałam sama w kuchni, nie licząc Andiego, który powinien już tu być i robić kawę oraz herbatę w duże termosy. Biorąc pod uwagę moje ograniczone zdolności kucharskie, serwujemy dziś spaghetti bolognese, sałatkę grecką, barszcz i typowy zestaw szwedzki: jajecznica, parówki, ser, dżem, pomidory z mozzarellą i pieczywo. Wszystko to muszę zrobić sama, w niecałe 13 minut, jakie mi zostało. Wellingera nigdzie nie ma, co zaczyna mnie mocno irytować, bo nawet jeżeli dania spóźnią się 5 minut, to wielkiej szkody nie będzie, ale napoje zawsze muszą być na czas. 10 minut później właściwie wszystko mam gotowe, nadal lekko podgrzewane i wystawiane na stoły. I wtedy "książę" postanawia zaszczycić mnie swoją obecnością. Jestem wściekła, a on jak gdyby nigdy nic, wchodzi do kuchni i pyta kiedy zaczynamy? Postanawiam go ignorować tak długo, jak tylko się da. Biorę dwa termosy z herbatą i wychodzę zanieść je na stole. Goście powoli schodzą się na salę. Punkt 18.00 wszystko jest gotowe, na swoim miejscu. Prawie wszystko. Zazwyczaj zostaję przy barze albo w kuchni i tam jem kolację. Tym razem mama stwierdziła, że bardzo dobrze "nam" poszło i możemy iść zjeść: ja u siebie, on przy stole z trenerem i innymi gośćmi. Wzięłam więc swoją porcję sałatki i ruszyłam do pokoju, szczęśliwa, że nie muszę już znosić jego obecności. I cholerka, znowu mnie zaskoczył, bo już był w moim pokoju. Ale to nie był mój pokój. Wszędzie pełno świec, jakieś kwiatki w wazonie na biurku, a na podłodze dwa kartony chińszczyzny. Gdzie jest Andi? Oczywiście leży sobie na moim łóżku i patrzy z zaciekawieniem na moją reakcję, która wiem, że mu się nie spodoba. - Nie odstawiaj cyrku. Sprzątnij to i wynoś się stąd. Spóźniłeś się, a tego najbardziej nie lubię. - Chciał coś powiedzieć, ale wyszłam zanim zdążył choćby otworzyć usta.
_____________________________________________________________________________

 Na wstępie:
1. Przepraszam za przerwę

2. Wróciłam :D

3. Witamy Andiego na skoczni i życzymy mistrzostwa!!! :)

4. Ufff postaram się dodawać regularnie, ale uprzedzam, że niezbyt często

5. Dziękuję za uwagę, trzymamy kciuki,  buźka ;*

poniedziałek, 26 maja 2014

Rozdział VI


- No kochanie, to teraz mi opowiedz jak ci się podobało na meczu. Wiem, że bardzo chciałaś obejrzeć go z Karlem, ale trochę się pokomplikowało... - spokojna mama. Trochę smutna, ale jednak spokojna. Nie tego się spodziewałam po jej rozmowie z Wellingerem, ale cóż, dopóki nie płacę za jego głupotę ten układ mi pasuje. - Emm... no meczu wiele nie widziałam, bo trochę to trwało zanim piłkarze wyszli z szatni, dokończyli rozgrzewkę na płycie stadionu, ustawili się na swoich pozycjach i , a co ja ci tam będę tłumaczyć i tak nie zrozumiesz. No, więc widziałam bramkę, którą strzelił nasz kochany klub. Mówię ci, dawno się tak nie cieszyłam. Potem Karl gdzieś zniknął w poszukiwaniach hot-dogów, bo pomimo kolacji nadal był głodny. Tak się zastanawiam, czy on w ogóle zdążył coś zjeść, no bo przyjechał tak późno, a wyjść musieliśmy wcześniej, więc może nie najadł się tym co mu zostawiliśmy. - Chciałam kontynuować, ale widziałam ten wszechwiedzący, podejrzliwy i nader spokojny wzrok mamy, która wręcz próbowała mnie nim prześwietlić. - Maleńka... Ja wiem, że coś kręcisz. - no i masz! udało jej się. Jak zawsze. Wiem, że jak jestem zdenerwowana, a jestem strasznie, to zaczynam gadać co mi ślina na język przyniesie, choć z reguły jestem dość cichą osobą. - Ja? no skąd! Po prostu dzielę się swoimi przeżyciami z najwspanialszą osobą na świecie... - myślę, że trochę wazelinki powinno załatwić sprawę. - Tyle razy mówiłaś mi, że nic o sobie nie mówię, nie opowiadam jak w szkole, to teraz staram się nadrobić. - Kotek, słoneczko ty moje jedyne... ale Bayern nie strzelił wczoraj żadnego gola! Sprawdziłam wyniki i przegrali 0:1. W dodatku dopiero w drugiej połowie, czego rzekomo nie mogłaś widzieć - co!? przecież widziałam, byłam tam! O nie! więc ta cała euforia, to co zdarzyło się wczoraj... to wszystko pod wpływem emocji z wyimaginowanego gola? Coś czuję, że to nie skończy się dobrze, a to wszystko dzięki wspaniałomyślności Andiego. - Hej, nie powiesz nic? Żadnego komentarza, próby usprawiedliwienia się? - czeka. Najwyraźniej moje szeroko otwarte usta wszystko zdradziły. Myśli, że coś powiem, ale ja wiem, że skrucha chociażby udawana załatwi sprawę. - Ok, nie będę pytać co tak naprawdę wczoraj robiłaś, ale wiem, że Karl był tylko przykrywką. Jedyne o co cię proszę, to żebyś nie robiła głupstw. Martwię się o ciebie, a zmartwień jest coraz więcej i więcej.... . A w nagrodę, za tak piękne zachowanie u cioci dostajesz pomoc kuchenną. Przyda ci się, na wypadek gdybyś chciała o czymś ze mną porozmawiać, będziesz miała więcej wolnego czasu. Andreas zaczyna od dzisiejszej kolacji, więc nie bądź dla niego zbyt surowa, bo to prawdopodobnie pierwszy raz, jak nie będzie robił czegoś ponad swoje dotychczasowe obowiązki. - Ale ja sobie świetnie radzę! Przecież i tak gości jest tylko kilkunastu, wszystko robię na czas - próba sprzeciwu z mojej strony może zostać źle odebrana, więc argumenty muszą być delikatne ale celne. - Oczywiście córeczko, że sobie radzisz, ale widzę, że brakuje ci energii. Już nie biegasz tak często, jak chociażby na początku wakacji. - Ale mamo, jak on, ten Andreas czy jak mu tam będzie mi pomagał, to zabierze mi część dochodów, a wiesz jak bardzo potrzebuje kasy na sprzęt itd. .... Co do biegania to masz rację, ale to dlatego, że stosuję się do zaleceń lekarza i nie wolno mi się przetrenować w pierwszych tygodniach po wyleczeniu kontuzji. - Dobrze, już dobrze. Andi nie dostanie nic za pomoc... To forma jego rekreacji i działalności charytatywnej na rzecz naszego hotelu. Idź już lepiej się prześpij, bo sińce pod tak pięknymi oczami wyglądają okropnie. - pogodziłam się z faktem, że jestem na przegranej pozycji. Jak mama coś postanowi, to tak już jest. Zrezygnowana wstałam z fotela i udałam się w kierunku drzwi. - A i jeszcze jedno - zaszczebiotała niewinnym głosikiem mama - Lepiej nie mów ojcu, że nie uważasz go za najwspanialszą osobę na świecie, bo się chłopak załamie... - obie wybuchnęłyśmy serdecznym śmiechem. Poszłam do swojego pokoju. Wzięłam szybki prysznic i ubrałam dres. Nie wiedziałam, czy chce mi się spać, ale widok mojej twarzy mówił sam za siebie. - Mama ma zawsze rację - mruknęłam do siebie, widząc umęczone odbicie lustrzane. Niewiele myśląc rzuciłam się na łóżko i już po chwili pogrążyłam się w błogim śnie. 

***
Obudziłam się niewiele przed 17.30... co za pech, że nie mogę sobie jeszcze pospać, no ale praca to praca. Nie płacą mi tutaj za spanie. Szybko wstałam, poszłam się trochę odświeżyć i w samym ręczniku wyszłam z łazienki, stając przed szafą wypełnioną moimi ciuchami. Nie wiedziałam co powinnam na siebie włożyć, jednak w końcu zdecydowałam  się na białe szorty i luźną błękitną tunikę. Już miałam zrzucić z siebie okrycie, jednak coś nie dawało mi spokoju. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze znajdującym się na drzwiczkach od szafy. Omal nie dostałam zawału, gdy zobaczyłam, że na łóżku siedzi Welli i w najlepsze sobie na mnie patrzy. - Mmmm takie widoki to ja lubię... - wymruczał w moim kierunku. - Co ty tu do jasnej cholery robisz? - wysyczałam przez zaciśnięte zęby, jak jakaś żmija, która tylko czeka kiedy ukąsić. - No cóż, pomyślałem, że moglibyśmy dokończyć to, co zaczęliśmy w Monachium... Sądzę, że podobało ci się. Prawda? - zapytał robiąc niewinną minkę, po czym na jego twarz wpełzł ten nieznośny łobuzerski uśmiech, od którego tracę kontrolę nad swoim organizmem. Wellinger położył się na łóżku robiąc troche miejsca i znów zaczął mruczeć, a moje ciało przeszyły dreszcze - No chodź tu do mnie... Chyba musimy porozmawiać. 


________________________________________________________________________


Serdecznie przepraszam za przerwę, ale choroba nie wybiera. Mimo wszystko dla mojej najwspanialszej mamy na świecie, wszystkiego najlepszego ;* Sto lat również dla innych mam :)

Mam przeogromną prośbę. Jeżeli ktokolwiek czyta, niech zostawi po sobie jakiś, chociażby drobny komentarz :D Buziaki :* 

wtorek, 6 maja 2014

Rozdział V  

 

-Coś się stało? - wychrypiałam zmęczona biegiem w stronę mamy, która czekała na mnie na werandzie. - Problemy w domu, jeden z naszych gości zniknął bez słowa i musimy wracać. Wiem, że ten weekend miał wyglądać inaczej, ale jakoś to wam wynagrodzimy. - Nie ma sprawy, przecież to nie wasza wina, że musimy wracać. - chyba chciałam to jakoś usprawiedliwić w imieniu mamy przed samą sobą. Kto wie do czego by doszło, gdyby nie zadzwoniła. - Karl przyjedzie do nas pod koniec wakacji. Spędzicie razem trochę więcej czasu niż dziś na meczu. Tak właściwie, to gdzie on jest? - Jak to gdzie? - zapytałam lekko skonsternowana. - No nie wróciliście razem... Myślałam, że cię odwiezie do domu - Ahhh, tak... chciał, ale powiedziałam mu, że sama trafię, a on ma obejrzeć mecz i wszystko mi opowiedzieć.- No pięknie! Karl mnie wrobił i przez niego musiałam kłamać własnej matce... Oj doigrasz się, a ty Wellinger razem z nim. Andi! przecież on tu jest i to przez niego musimy wracać... Wiedziałam, że psychopaci są zdolni do wszystkiego, no ale żeby aż tak?! - Ok, więc wszystko jest już spakowane, ciocia została jeszcze w restauracji z jakimiś dawnymi znajomymi. No to w drogę! - Cały czas udawałam że śpię, a faktycznie gorączkowo myślałam nad tym co się stało i nad tym co się stanie jak już dotrzemy do domu. Przecież jego trener już dawno mógł zadzwonić na policję, wszyscy go szukają, a on urządza sobie wycieczkę do Monachium... To jest chore!. Na takich rozmyślaniach minęła mi cała droga. Podejrzanym wydało mi się, że pod hotelem nie stał żaden radiowóz i wszyscy jakby żyli własnym nieświadomym niczego życiem. Pracujący w recepcji John powiedział matce, że wszystko to tak jakby fałszywy alarm i "zguba" wróciła trochę później z miasta. Na jej twarzy było widać znaczącą ulgę, a po chwili odpowiedziała, że jak tylko "młody" się obudzi, dostanie swoją karę. Nie mogłam przegapić tego jak będzie się tłumaczył, więc prawie dwie godziny koczowałam w pokoju przyległym do tymczasowego gabinetu mamy. Zmęczona zaczęłam zastanawiać się, czy to kiedykolwiek nastąpi, a jeśli tak, to czy będę w stanie cokolwiek usłyszeć. Wtedy przypomniałam sobie o otworze w ścianie, który kiedyś wywiercił tata chcą zawiesić jakiś obraz, z którego ostatecznie zrezygnował. Hmmm jakieś pół metra od okna, tylko na jakiej wysokości? Od czasu genialnych pomysłów taty trochę urosłam, więc nie mogę się zdawać na mój "niższy" przelicznik wysokości. Przez kilkanaście sekund wlepiałam wzrok w ścianę, jednak niczego nie mogłam zauważyć. Pewnie dziura już dawno została załatana, a ja nawet nie zwróciłam na to uwagi. Zrezygnowana usiadłam na kanapie po przeciwnej stronie pokoju i jeszcze raz spojrzałam na ścianę. Ku mojemu zaskoczeniu ze ściany wydobywał się malutki strumyk światła. W gabinecie mamy nie ma okien, więc za każdym razem gdy tam jest zapala światło. Lekko zaskoczona własnym szczęściem, podeszłam do otworu, który okazał się wystarczająco duży, żebym mogła widzieć biurko i fotel dla pacjenta. Po raz pierwszy dziękowałam tacie za jego "zdolności" majsterkowicza. Na fotelu siedział zaspany Andi, a mama chodziła nerwowo po pokoju. Chyba faktycznie przejęła się tym, co mogło mu się stać. A może już wiedziała o tym, że Andi był wtedy ze mną? - Uspokoisz się? - zapytał najwyraźniej zirytowany pielgrzymką, jaką mama urządziła sobie w pokoju. - Uspokoisz? Oszalałeś? - zapytała z kpiną - Czy ty zdajesz sobie sprawę, co mogło ci się stać? Wyobrażasz sobie jak ja się o ciebie martwiłam? Wiesz ile poświęcam dla ciebie tego lata? Ile poświęcam dla niej... - nastała jakby niezręczna cisza, której nijak nie mogłam przerwać. Zaciekawiło o mnie o kim mówi mama, ale Welli najwyraźniej doskonale wiedział o kogo jej chodziło. - Wiem i przepraszam. Właśnie takiej odpowiedzi oczekiwałam, ale najwidoczniej dla ciebie to jeszcze za wcześnie. Zastanawiam się tylko, czy ty masz zamiar kiedykolwiek przestać robić z siebie ofiarę i spojrzeć na innych. - Tak jej zdenerwować to nawet ja nie potrafię. Ba! nawet ja, tata i rodzina taty razem wzięci. Oj Andi... przeskrobałeś sobie i to ostro, a naj... - Lepiej zapytaj Arię co tak naprawdę wczoraj robiła. - Wellinger! jak ty śmiesz. Nie dość, że przerwałeś mój monolog wewnętrzny, to jeszcze chcesz mnie pogrążyć? A może siebie, albo Karla? Po tym co powiedział po prostu wstał i wyszedł, zostawiając mamę w całkowitym szoku. - Arię? ale o co mu chodzi? - zaczęła mówić do siebie. Jest źle. Zawsze gdy to robi, są tego niemiłe konsekwencje i to zawsze dla mnie. Czułam, że powinnam się ulotnić z tego pokoju jak najszybciej. Wychodząc złożyłam sobie dwie obietnice. Pierwsza: szuja zapłaci za to co powiedział. Druga: dowiem się kim jest ta tajemnicza kobieta, o której mówili. Niestety zamyślenie nie działa na moją korzyść, bo przy drugiej obietnicy wpadłam na mamę, która momentalnie wciągnęła mnie do swojego gabinetu na "małe przesłuchanie".



---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przepraszam za przerwę jaką sobie urządziłam (choroba, święta). Dziękuję za wszystkie miłe komentarze i obiecuję, że postaram się wziąć do roboty :D

niedziela, 13 kwietnia 2014

Rozdział IV

 

Siedzę na łące. Wokół rozlega się śpiew ptaków i delikatny szum drzew, rosnących w lesie za mną. Obok mnie siedzi Andi i szkicuje coś w swoim notesie, a ja obserwuję go. Po pewnym czasie znudzona cichą obserwacją kładę się na kocu i wpatruję się w niebo, które jest czysto błękitne. Welli zauważa, że jestem znudzona i przerywa swoje dotychczasowe zajęcie. Kładzie się obok mnie i delikatnie przysuwa się bliżej. Potem gładzi moją dłoń, ramię, szyję, aż dochodzi do twarzy. Podnosi się do pozycji półsiedzącej i zbliża swoją twarz do mojej... Chce mnie pocałować, a ja się nie bronię... - Aria wstałaś już? - ze snu budzi mnie wołanie mamy. Oh... nawet nie wiem, czy żałuję, że mnie wyrwała z "objęć" Andiego. Ale nie czas na rozmyślanie, dziś jest wielki dzień. Jedziemy do Monachium odwiedzić siostrę mojej mamy, która dodatkowo wysyła mnie na mecz Bayernu z jej synem Karlem. Nie mogę się doczekać... Karl jest zdecydowanie moim ulubionym kuzynem, najlepszym jakiego można sobie wyobrazić. Wie o mnie wszystko, a każdy problem jest dla niego błahostką. Nawet moi dawni przyjaciele nie dorównywali mu w żadnej ze spraw. Zadanie domowe? zrobił bez pytania na kiedy je potrzebuję. Nowe "ciacho" w szkole? zaraz pytał o wszystkie szczegóły. Zakupy? pytał tylko czy karta kredytowa ma wystarczający limit, czy też będzie musiał zostawić samochód w zastaw. Był też całkiem przystojny i nieraz żałowałam, że jesteśmy spokrewnieni. Dodatkowo oboje byliśmy fanami Bayernu i już od najmłodszych lat czekaliśmy na nasz pierwszy mecz na stadionie w Monachium. Niestety nigdy nie mogliśmy iść razem, więc każdy z nas swój mecz widział osobno. Wzięłam długi, zimny prysznic, ubrałam się w przygotowane wcześniej jeansy, turkusową koszulę w kratę i trampki. Gdy nadszedł czas pakowania się, kompletnie nie wiedziałam co powinnam ze sobą wziąć. Do torby wrzucałam różne napotkane w pokoju rzeczy: ładowarka do telefonu, mp4, okulary przeciwsłoneczne. Okej to są urodziny cioci, więc trzeba jakoś wyglądać na kolacji... myślę, że biała, koronkowa sukienka i szpilki na delikatnej platformie powinny być w sam raz. Teraz zestaw na mecz. Obowiązkową pozycją musi być szalik i koszulka Bayernu. Resztę załatwią adidasy i jeansy. Muszę jeszcze jakoś upchnąć do torby kosmetyczkę oraz aparat i gotowe. W sumie, to poszło lepiej niż się spodziewałam. Po obiedzie ruszyliśmy w drogę. Cały czas zastanawiałam się, jak to będzie na tym meczu... Nic specjalnego, pewnie że w meczu towarzyskim nie ma się czego spodziewać, ale nareszcie będzie to mecz z Karlem, którego nie widziałam od ponad roku. Gdy dotarliśmy na miejsce od razu rozpoznałam kanarkowo-żółty dom cioci. Mieszkała sama z Karlem, więc dom nie był zbyt duży, za to zaledwie 10 minut drogi od stadionu. Przywitaliśmy się z ciocią Helen, która oznajmiła, że Karl będzie za pół godziny i dołączy do nas już w restauracji. Szybko pobiegłam do łazienki i przebrałam się w sukienkę. Muszę przyznać, że wyglądałam całkowicie inaczej, jakoś obco. Sukienki to nie mój styl, ale dla wyższego dobra czasem je zakładam. Gdy wszyscy byliśmy już gotowi, pojechaliśmy do najlepszej restauracji w mieście. Zamówiliśmy jedzenie dla nas i dla Karla, który pojawił się dosłownie minutę później. Był tak samo wesoły jak zawsze, trochę bardziej opalony, niż pamiętałam. Wyściskaliśmy się i już po pięciu minutach zajadaliśmy pyszne owoce morza. - Co robiłeś przez ten rok, że się tak opaliłeś? na Skypie nawet nie zauważyłam, że jesteś teraz murzynem! - zaśmiałam się do kuzyna.- Bardzo śmieszne. To jeszcze z poprzednich wakacji w Turcji. Trochę słońca i zmieniłem się w raka na dwa tygodnie - dodał lekko zażenowany swoją trudnością z opalaniem. - Słuchaj, jest taka sprawa, że nie będziemy dzisiaj sami...- Twoja dziewczyna z nami będzie? Dlaczego ja o niczym nie wiem?- zapytałam z udawanym oburzeniem, nawet nie dając mu dokończyć zdania. - Nie będzie żadnej dziewczyny, a jakby była to zapewniam, że byś o niej wiedziała. Będzie mój kumpel... Tylko wiesz, on ma teraz trochę problemów i może ci się wydać trochę dziwny, ale serio nie ma się co przejmować. To super gość. - Spoko, mam nadzieję, że jest przystojny, bo z byle kim nie chcę się pokazywać - odpowiedziałam żartując. - Niejeden gej marzyłby o takim facecie... ale on woli dziewczyny, więc miej się na baczności - puścił mi oczko i dokończył swój deser, który kelner przyniósł w międzyczasie. - Jeszcze raz wszystkiego najlepszego i do zobaczenia jutro - ucałowałam Helen w policzek i wyszłam z Karlem z restauracji. Mecz zaczynał się za godzinę, a ja miałam się jeszcze przebrać i zabrać aparat. Wychodząc z pokoju, w którym się przebierałam spojrzałam w lustro... Dziwne, ale miałam nadzieję wyglądać dobrze i spodobać się koledze Karla. 
***
Usiedliśmy na wyznaczonych nam miejscach i czekaliśmy na rozpoczęcie meczu. Wiem, że meczu z Manchesterem United nie można było przegapić, ale być tu na stadionie, czuć tę atmosferę... coś cudownego. - Trochę się spóźnił, ale już jest - powiedział Karl wyrywając mnie z transu robienia zdjęć wszystkim zawodnikom znajdującym się już na murawie. - Cześć. Jestem Andi. - powiedział nieśmiało kolega Karla do moich pleców. O nie! Znowu ty? Nie chciałam się odwracać, ale nie było innego wyjścia. - Aria. - odpowiedziałam podając mu rękę i uśmiechając się delikatnie. - Okej. Skoro już się poznaliście, to trzymajcie dla mnie miejsce, a ja skoczę po coś do picia, bo strasznie tu gorąco. - Nie wiedziałem, że się znacie. Tym bardziej nie miałem pojęcia, że tu będziesz- zagadnął w moją stronę. - Mogę powiedzieć to samo o tobie. Karl to mój kuzyn. Skąd go znasz? - Spotkaliśmy się jakiś czas temu w szpitalu. Miał okropne poparzenie słoneczne i leżał tam przez kilka dni. Nie wiedziałem, że dziewczyny takie jak ty lubią piłkę nożną - powiedział z lekkim sarkazmem. - Owszem lubią i nawet wiedzą co to jest spalony. - Odparłam zirytowana, że Karla tak długo nie ma. Właśnie w tym momencie Andi zaczął szczerzyć się do telefonu. - Chyba jesteś na mnie skazana. Karl napisał, że musi wrócić do domu, bo włączył się jakiś alarm i że mam cię odwieźć. - Tylko nie to! Już wolałabym sama wyłączać ten alarm, niż tu z nim siedzieć. Bosko. Jedyny mecz na jaki mogliśmy razem iść spędzam z psychopatą. Po prostu super! - Nie musisz mnie odwozić, sama trafię. - Nawet nie próbuj mi odmówić, jestem za ciebie odpowiedzialny - powiedział całkiem poważnie. W tej samej chwili na boisku zawiązała się całkiem porządna akcja, której rezultatem był gol dla Bayernu. Przypływ adrenaliny. To jedyne wytłumaczenie dla tego co stało się po strzelonej bramce. Pocałowałam go. Wiem, że nie powinnam, ale zrobiłam to. Najpierw delikatnie, a gdy on odwzajemnił pocałunek, całkiem się w nim zatraciłam. Całowaliśmy się długo i namiętnie, jego ręce wędrowały wzdłuż mojej talii i pleców. Nawet nie wiem, kiedy zeszliśmy z trybun i skierowaliśmy się w stronę toalet. Napięcie między nami rosło. wskoczyłam na umywalkę, a on zamknął zamek drzwi. Podszedł do mnie i znów się całowaliśmy. Delikatnie pieścił moje ciało, a ja coraz bardziej go pragnęłam. Wtedy zadzwonił telefon. Musiałam odebrać, taka była umowa, że jak jestem na meczu, to zawsze odbieram. - Hej mamo, co tam? - starałam się odepchnąć zachłanne usta Wellingera od siebie. - Za pięć minut masz być w domu, zrozumiano? - rozłączyła się, nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Po tonie jej głosu zrozumiałam, że to nie żarty. - Muszę iść. Przepraszam, to nigdy nie powinno się zdarzyć. - powiedziałam delikatnie całując go i wychodząc z toalety.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Rozdział III

Przez cały tydzień nie widziałam żadnego z naszych gości. Mama oddelegowała mnie od robienia śniadań, więc nic nie trzymało mnie w domu. Całe dnie spędzałam nad wodą lub w lesie. Myślałam nad wszystkim co się wydarzyło, nad tym co wiem o Andim... właściwie nic. Gdzie mieszka, ile ma lat, co trenuje... Czemu tu jest? 

***

- Mamo! zaczekaj na mnie... - krzyknęłam ze schodów biegnąc po torebkę. Mama właśnie jechała do miasta po zakupy, a ja miałam nadzieję upolować jakąś promocję w sklepie sportowym. Uwielbiam to, że nie muszę jak inne dziewczyny ciągle się malować, a mimo to wyglądam całkiem nieźle. Dzięki temu swoje oszczędności zamiast na kosmetyki, mogę wydać na nowe buty do biegania, dres, pulsometr lub inne niezbędne mi rzeczy. Po niecałych 10 minutach jazdy zaczęłam swoje małe przesłuchanie - Odebrałam wczoraj pocztę. Przyszły rozliczenia i tata pozwolił mi je sprawdzić. Kim są nasi goście i dlaczego płacą za cały hotel, a nie tylko za swoje pokoje?- chyba trochę za ostro, bo przez twarz mamy przeszedł wyraźny cień strachu. - To nic takiego. Chcieli trochę prywatności, a im mniej gości, tym lepiej dla ciebie. Więcej wolnego, mniej pracy... Wreszcie prawdziwe wakacje - uśmiechnęła się sprawdzając, czy kupiłam jej odpowiedź. - Okej, w sumie to nie przeszkadza mi to. Jeden z gości jest twoim pacjentem, prawda? - Skąd wiesz? - Dlaczego mi nie powiedziałaś, że znowu pracujesz? - spytałam z wyrzutem - To nie tak. On jest jedynym pacjentem. Potrzebuje specjalnej terapii, jego trener przedstawił bardzo mocne argumenty, dlaczego to ja powinnam się nim zająć, więc po kilku konsultacjach zgodziłam się. - Czy on jest niebezpieczny? - Kto taki?- zapytała mama z uśmiechem - Andreas - odpowiedziałam spuszczając wzrok. Nie wiem, czy powinnam wiedzieć kim on jest, skoro leczy się psychicznie. - Znasz go? No tak, przecież to twój rówieśnik, a na dodatek idol wielu nastolatek i nie tylko... A jeżeli jest niebezpieczny, to nie dla ciebie, ani dla mnie, ani nikogo innego. - A dla siebie? - zapytałam ale mama odpowiedziała tylko - Już jesteśmy, spotykamy się przy samochodzie za godzinę. - I odeszła w stronę sklepu. Przejrzałam szybko nową kolekcję wkładek stymulujących ułożenie stopy w trakcie biegu, ale nie znalazłam nic odpowiedniego. Wyszłam ze sklepu i poszłam na krótki spacer. Słońce nie dawało mi spokoju, więc usiadłam na ławce w parku tuż obok stawu. Obserwowałam trzy małe kaczki ścigające się po lustrze wody. Wiatr delikatnie kołysał trzciny porastające brzeg stawu. Lekko znużona zamknęłam oczy i wsłuchiwałam się w śpiew ptaków. Z dumą mogę powiedzieć, że kocham miejsce, w którym mieszkam. Chyba nie ma nic cudowniejszego, jak spokój który mnie otacza. - Hej ślicznotko, nie śpij bo cię okradną - otworzyłam oczy i zobaczyłam twarz Andiego, zaledwie kilka centymetrów od mojej - Jakby jeszcze mieli z czego - odpowiedziałam próbując jak najbardziej odchylić głowę do tyłu. Przeraża mnie ten koleś, ale skoro mama mówi, że nie mam się czego bać, to pewnie tak jest. - A co jakbym ukradł ci pocałunek? Chyba że jest nic nie warty, to faktycznie nie masz się czego obawiać - zaśmiał się z własnego żartu, ale mi nie było do śmiechu. Przecież on faktycznie mógł to zrobić... - Mogę się przysiąść, czy to ławka wyłącznie dla śpiochów? - kolejny napad śmiechu, który coraz trudniej było mu opanować - Pewnie, siadaj-opowiadaj. - Co? - Tak się tutaj mówi. Jak ktoś się do ciebie przysiada musi opowiedzieć coś o sobie. Co robi, skąd jest, czemu chce z  tobą siedzieć, cokolwiek. - miałam nadzieję, że nie wyczuje tego kłamstwa, ale to był jedyny sposób, w jaki mogłam się czegoś o nim dowiedzieć. - Siedzę, pokój 205, zmęczyłem się. - Co? - teraz ja nie zrozumiałam sensu jego wypowiedzi. - Odpowiadam na twoje pytania. Masz jeszcze jakieś? - zapytał z dość zabawnym akcentem - Ile masz lat, co trenujesz, czemu  miałam nikomu nic nie mówić? - to jedyne co mi przyszło na myśl. Pytań było znacznie więcej, ale nie wiedziałam, czy odpowie szczerze. - 18 i jedenaście miesięcy, jeden ze sportów zimowych, ale kocham wiele sportów. A co do tego, to już ci podziękowałem, więc chyba nie ma do czego wracać. Teraz twoja kolej. Pytania bez zmian. - Też 18 i jedenaście miesięcy, biegam i nie powiedziałam, bo o to prosiłeś. Jednak wciąż nie wiem, czy czasem twój trener nie powinien o tym wiedzieć, bo skoro trenujesz, to może być ważne... - Nie - przerwał mi - to nic takiego, po co go martwić. Muszę już iść, a ty lepiej uważaj, bo następnym razem mogę się nie powstrzymać przed kradzieżą. - Odszedł uśmiechając się, a ja zarumieniona, po kilku minutach ruszyłam na spotkanie z mamą.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Rozdział II

Całą noc nie spałam, zastanawiając się, co on tu właściwie robi. Wieczorem mama zrobiła mi wykład na temat mojego biegania. Konsekwencje jakie niesie ze sobą kontuzja, to że nie powinnam zaczynać tak wcześnie, bo tylko pogorszę swój stan itp. Wściekła szybko wyszłam z gabinetu mamy i wpadłam na niego. Czekał, pewnie tuż po spotkaniu z mężczyzną, który na niego nawrzeszczał. - Hej, uważaj bo znowu będę potrzebował pomocy - uśmiechnął się zalotnie. - Sorry -wyszeptałam obojętnie i ruszyłam w stronę schodów. Coś nie dawało mi spokoju. No tak, czekał na wizytę u mojej mamy, która jest psychologiem. Wiedziałam, że jest chory!! Musiał być, bo jak inaczej wytłumaczyć jego zachowanie? Rano wstałam wcześniej, żeby się trochę rozgrzać. Potem przygotowałam śniadanie dla gości i ruszyłam w las. Bieg jest tym co kocham najbardziej. Nic nie może się równać z euforią towarzyszącą na mecie. Mam tu swoją stałą trasę, prowadzącą przez prawie kilometr brzegiem rzeki, a potem skręca gwałtownie w prawo i wiedzie na wzgórze. Tam zawsze robię pół godzinną przerwę. To taki mój azyl. Zawsze jak jestem zła, albo nie mam ochoty na nic tylko leniuchowanie, wzgórze jest jedynym miejscem gdzie mogę schować się przed rzeczywistością. Rozciąga się z niego wspaniały widok na cały kompleks hotelowy, wolno płynącą rzekę i dolinę, w której znajduje się dziwny budynek. Mieszkam tu już sześć lat i nigdy nie zajrzałam do środka. Chyba się boję.  Biegnę powoli, chyba mimo wszystko mama ma rację i nie ma co się przetrenować. Gdy jestem zaledwie kilkanaście metrów od wzgórza zauważam kogoś. Przystanęłam, żeby lepiej się przyjrzeć. Siedzi dokładnie tam, gdzie ja zawsze to robię. Intruz. Nie mam zamiaru się wracać, w końcu to moja trasa! Postanawiam, że pobiegnę dalej, a przerwę zrobię już gdzieś bliżej domu. - Już myślałem, że dziś nie biegasz.- usłyszałam głos intruza. To znowu on. Prześladowca? Niewątpliwie coś w tym jest. - Cześć. Jednak biegam. Zawsze to robię. - Odwrócił się w moją stronę i zapytał - Usiądziesz, czy bijesz rekord? - usiadłam rozbawiona. Siedzieliśmy tak wpatrując się w rzekę, gdy zapytał - To jak masz na imię? Powinienem wiedzieć jak nazywa się mój ratownik. - Aria. A ty? Chyba mam prawo wiedzieć kogo ratuję? - Andreas. W sumie, to mów mi Andi. Wszyscy tak robią. - uśmiechnął się delikatnie ukazując nieskazitelną biel swoich równych zębów, a jego wzrok spoczął na moich ustach. - Co to był za facet, który tak wjechał wczoraj na ciebie? - zapytałam. - To tylko trener. Nikt specjalny, ciągle łapie spine jak wrócę tylko minutę później, niż mi pozwolił. Chyba boi się, że zwolnią go za każde moje spóźnienie... bez sensu. - odpłynął myślami gdzieś daleko, nie zabierając mnie ze sobą. - O czym tak myślisz? - Może wyda ci się to dziwne, ale zastanawiam się, co robiłaś wczoraj w gabinecie doktor Braun. Też jesteś jej pacjentką? - że co?! Ja pacjentką jakiejś Braun? Przecież to gabinet mojej mamy... Przecież ja nazywam się Braun. Dziwnie słyszeć coś takiego o swojej mamie "doktor Braun". To zawsze była tylko mama. Ale chwileczkę, to ona wróciła do zawodu? Podobno była dość dobra i pracowała ze sportowcami, ale zakończyła karierę po załamaniu nerwowym jakiegoś piłkarza, którego nie udało jej się uratować. - Nie, ja tylko z nią rozmawiałam. A tak nawiasem, to moja mama. - Czekałam na jakąś reakcję. Nic. Jeszcze bardziej zagłębił się w swoje myśli. - Chyba powinnaś już biec, robi się późno. Do zobaczenia jutro. - wyprosił mnie z mojego własnego miejsca! - Cześć. - mimo wszystko wolałam zapytać mamę, o co chodzi, więc pobiegłam do domu. Intryguje mnie ten koleś. Jeszcze go rozgryzę, zobaczycie!

niedziela, 30 marca 2014

Rozdział I

Naprawdę nie miałeś się gdzie położyć?!- wydarłam się na chłopaka leżącego na ziemi. To jeden z naszych nowych gości hotelowych, których podobno w tym roku ma być wyjątkowo mało. Spotkaliśmy się tuż po śniadaniu, gdy wybierałam się pobiegać. To przez niego jestem tu dopiero teraz. Nie wywarł na mnie dobrego wrażenia... zbyt arogancki, zbyt pewny siebie. Jednym słowem - cham. Ale miał w sobie coś, co przyciągało uwagę... Wygląd. Jeżeli ktoś widział kiedyś anioła, to to musiał być on. Szelmowski uśmieszek, blond czupryna i te nieziemsko niebieskie oczy... ich odcień chyba nawet nie ma nazwy, jest po prostu jego. Na szczęście teraz były zamknięte. Chłopak ani drgnął. Podeszłam bliżej i szturchnęłam go wołając - Hej! złaź z drogi bo cię ktoś potrąci... - nadal nic. Było coś dziwnego w sposobie w jakim leżał... Zaczęłam przyglądać się jego sylwetce. Dość umięśniona klatka piersiowa sprawiała niepokojące wrażenie, ale zajęło mi jeszcze kilka sekund zanim zorientowałam się dlaczego. Nie unosiła się. Chłopak nie oddychał. Będąc świeżo po kursie pierwszej pomocy, który musiałam zdawać każdego roku momentalnie przystąpiłam do resuscytacji. 
30 uciśnięć i dwa wdechy, cała akcja jeszcze raz... sprawdziłam czy akcja serca powróciła. 
Udało się!
Po chwili ocknął się. Zdezorientowany spojrzał swym przenikliwym wzrokiem na mnie, ciągle pochylającą się nad nim. - Eee, hej? - wyjąkał. - Nie ma za co - odburknęłam wstając. Już miałam pobiec dalej, gdy złapał mnie za nadgarstek. - O nie, tym razem mi nie uciekniesz. A tak właściwie, to co my robimy w lesie? - coś było z tym gościem nie tak. Pijany? Naćpany? Wszystko mi jedno, nie mam zamiaru się nim przejmować skoro już oddycha. - Co ty tu robisz nie wiem i nie chcę wiedzieć, ja natomiast mam zamiar pobiec na obiad. Cześć!. - Wyrwałam swoją rękę i po chwili byłam już daleko od wciąż siedzącego na ziemi chłopaka. 

***

Nie zjawił się na oficjalnym obiedzie powitalnym, organizowanym przez moich rodziców na początku sezonu dla tegorocznych gości. Zaczęłam się zastanawiać, czy się czasem nie zgubił. Jednak późniejsze obowiązki, jakimi obarczyła mnie mama, sprawiły, że zupełnie o nim zapomniałam. Jednak gdy wszedł w czasie kolacji i zobaczyłam miny osób z którymi przyjechał, domyśliłam się, że nie było go przez cały dzień. Jeden z mężczyzn zupełnie nie krył frustracji i wydarł się na niego przy wszystkich. - Andi do cholery! Czy ty wiesz co my tu przeżywamy? Pamiętaj, że nie przyjechałeś tu dla zabawy, tylko... - w tym momencie jakiś inny facet przerwał mu mówiąc, że to nie jest najlepszy czas na takie rozmowy i że "młody" powinien odpocząć i coś zjeść. - To jeszcze nie koniec. Za pół godziny u mnie. Wszyscy.
 - rzucił zdenerwowany mężczyzna i wyszedł. Zaczęłam udawać, że w ogóle nic nie słyszałam, jednak nie wyszło mi to zbyt dobrze. Po nałożeniu sobie porcji z tego co zostało na szwedzkim stole uprzednio przygotowanym przeze mnie, czyli jednego pomidora i jogurtu, usiadł na krześle obok mnie. - Czuj się zaszczycona, że możesz obok mnie siedzieć. - znowu on. Nie wiem jak wytrzymam miesiąc jego pobytu tutaj. A skoro nawet ludzi z którymi przyjechał potrafi doprowadzić do takiej złości, to nie wiem jak ja mam to zdzierżyć. - Za takie zaszczyty to dzięki wielkie, kiedyś już jadłam w towarzystwie psów, więc twoja obecność to żaden szał. - dumna ze swojej riposty wyprostowałam się na krześle. - Słuchaj, nie mam pojęcia jak zaciągnęłaś mnie do tego lasu, ale wiem że mnie całowałaś. Miałem całą buzię umazaną błyszczykiem. - wyszeptał to ponad stołem i puścił mi oczko - Nie całowałam cię, tylko reanimowałam, a to już znaczna różnica... - zirytowana zaczęłam się podnosić - Jak to? - zapytał wyraźnie przestraszony - Biegałam po lesie i przewróciłam się o jakieś truchło, a okazało się że to ty. Nie oddychałeś, twoje serce nie pracowało, więc musiałam reanimować.
 - Możesz oddać mi przysługę i nie mówić o tym nikomu? - Jasne - odparłam mało przejmując się tym, dlaczego tak bardzo zależało mu na dyskrecji. Dla mnie również było to dobre rozwiązanie, bo gdyby moi rodzice dowiedzieli się, że zostawiłam człowieka, który ledwie co odzyskał oddech, samego w obcym lesie... To już wolę milczeć - Dzięki. Za wszystko -  uśmiechnął się i wyszedł, nawet nie tknąwszy swojej kolacji.