piątek, 20 lutego 2015

Rozdział VII


- Porozmawiać? Niby o czym? - postanowiłam wyprzeć się wszystkiego. Nie ma takiej opcji, żeby ten cholernie przystojny facet namącił mi w głowie. - I jak sądzę, nie ma czego kończyć, bo niczego nie zaczęliśmy! - powiedziałam może nieco zbyt głośno. Welli spojrzał na mnie ewidentnie usatysfakcjonowany - Oj! jaka spięta... mówię ci chodź, zrobię ci masaż, a może nawet coś więcej i od razu się uspokoisz. Złość piękności szkodzi, a żal by było takiej ślicznotki. - No nie! teraz to już przegina. Wielkie maślane oczy wlepione w moje ciało, być może udawany, ale jednak przyspieszony oddech, włosy poprawiane w idealny nieład. Jeszcze chwilka  i mu ulegnę... Myśl dziewczyno! - Ależ ja jestem spokojna. Oaza spokoju, cholerny kwiat lotosu dryfujący po wzburzonym oceanie. A jeżeli natychmiast nie wyjdziesz z mojego pokoju, to gwarantuję ci sztorm tysiąclecia. - Powolutku wstał z łóżka, ale zamiast wyjść zaczął zbliżać się do mnie. Nie może się zbliżyć. Nie może, nie może, nie może! Przecież ja mam na sobie tylko ręcznik... Powiedziałam zdecydowanie - Jak spóźnię się przez ciebie do pracy, to możesz być pewny że nie przeżyjesz najbliższej nocy. - Andreas jakby sparaliżowany, odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku wyjścia. Poczułam ogromną ulgę, że jednak potrafię być stanowcza i nie ulec byle komu. Otworzył drzwi i rzucił w moją stronę - Traktuję to jako obietnicę! - i wyszedł zatrzaskując za sobą drzwi. Nareszcie wyszedł. "Traktuję to jako obietnicę"? o co mu może chodzić? Ważne, że już go nie ma i będę na dole jeszcze 5 minut przed czasem. Szybko się ubrałam i rozczesałam włosy. - Pięknie. Gotowa do wyjścia w wielki świat kuchni - powiedziałam z uśmiechem patrząc w lustro, nadal dumna z siebie. Po chwili jednak usłyszałam zgrzyt przekręcanego klucza. Co? - Andi idioto otwieraj te pieprzone drzwi! - Nie ma takiej opcji. Jeszcze dwie minuty i się spóźnisz, a sama wiesz że obiecałaś mi noc - odpowiedział przez zamknięte drzwi. - Jego głos tak cholernie spokojny, a zarazem pełen jakby dziecięcej radości i czego? nadziei? oczekiwania? Nie mam ochoty podpaść rodzicom kolejny raz tego dnia, więc staram się go udobruchać - Andreas... no weź otwórz. Przecież i tak mamy pracować dziś razem, a jak się spóźnię to mnie wyrzucą i jutro będziesz musiał robić wszystko sam. - już prawie zaczęłam go błagać żeby otworzył. - O nie moja droga, przy pracy nic z ciebie nie będzie, a tak to wiem że spotkamy się jeszcze wieczorem, chociażby miała to być moja ostatnia noc. Jeśli obiecasz mi, że przyjdziesz do mnie po pracy, wypuszczę cie. Masz jeszcze minutę. - Okej, przyjdę, ale weź już otwórz, bo zginę przed tobą! - Aria idiotko! Znowu powiedziałaś zanim pomyślałaś. Właśnie obiecałaś mu, że przyjdziesz, chociaż wiesz że tego nie zrobisz, no bo hej, nie zasłużył! Wellinger otworzył drzwi i szybko wybiegłam na korytarz, nie zwracając nawet uwagi na niego, ani nie martwiąc się zbytnio o zamykanie drzwi na klucz, co zawsze było moją obsesją. Do kuchni wpadłam równo o 17.45 . Uffff zdążyłam. Kolację trzeba wydać za 15 minut, więc szybko wzięłam się do roboty. Najpierw pobiegłam przygotować stoły dla gości, uprzednio wstawiając sporą ilość makaronu. Tak, dziś zostałam sama w kuchni, nie licząc Andiego, który powinien już tu być i robić kawę oraz herbatę w duże termosy. Biorąc pod uwagę moje ograniczone zdolności kucharskie, serwujemy dziś spaghetti bolognese, sałatkę grecką, barszcz i typowy zestaw szwedzki: jajecznica, parówki, ser, dżem, pomidory z mozzarellą i pieczywo. Wszystko to muszę zrobić sama, w niecałe 13 minut, jakie mi zostało. Wellingera nigdzie nie ma, co zaczyna mnie mocno irytować, bo nawet jeżeli dania spóźnią się 5 minut, to wielkiej szkody nie będzie, ale napoje zawsze muszą być na czas. 10 minut później właściwie wszystko mam gotowe, nadal lekko podgrzewane i wystawiane na stoły. I wtedy "książę" postanawia zaszczycić mnie swoją obecnością. Jestem wściekła, a on jak gdyby nigdy nic, wchodzi do kuchni i pyta kiedy zaczynamy? Postanawiam go ignorować tak długo, jak tylko się da. Biorę dwa termosy z herbatą i wychodzę zanieść je na stole. Goście powoli schodzą się na salę. Punkt 18.00 wszystko jest gotowe, na swoim miejscu. Prawie wszystko. Zazwyczaj zostaję przy barze albo w kuchni i tam jem kolację. Tym razem mama stwierdziła, że bardzo dobrze "nam" poszło i możemy iść zjeść: ja u siebie, on przy stole z trenerem i innymi gośćmi. Wzięłam więc swoją porcję sałatki i ruszyłam do pokoju, szczęśliwa, że nie muszę już znosić jego obecności. I cholerka, znowu mnie zaskoczył, bo już był w moim pokoju. Ale to nie był mój pokój. Wszędzie pełno świec, jakieś kwiatki w wazonie na biurku, a na podłodze dwa kartony chińszczyzny. Gdzie jest Andi? Oczywiście leży sobie na moim łóżku i patrzy z zaciekawieniem na moją reakcję, która wiem, że mu się nie spodoba. - Nie odstawiaj cyrku. Sprzątnij to i wynoś się stąd. Spóźniłeś się, a tego najbardziej nie lubię. - Chciał coś powiedzieć, ale wyszłam zanim zdążył choćby otworzyć usta.
_____________________________________________________________________________

 Na wstępie:
1. Przepraszam za przerwę

2. Wróciłam :D

3. Witamy Andiego na skoczni i życzymy mistrzostwa!!! :)

4. Ufff postaram się dodawać regularnie, ale uprzedzam, że niezbyt często

5. Dziękuję za uwagę, trzymamy kciuki,  buźka ;*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz